sobota, 7 lutego 2015

rozdział 17

 Pianino

Obudziłam się gdzieś tak około 11. Jace'a nie było obok mnie, nie przejęłam się tym zbytnio, można było się spodziewać, że rano mnie zostawi. Dopiero teraz zauważyłam jak bardzo są zniszczone moje ubrania. Bluzka była prawie cała podarta. Oblałam się rumieńcem na myśl, że jace mógł wczoraj widzieć mój czarny stanik. Spodnie z długich stały się krótkie, co mnie trochę rozśmieszyło. Kiedy zaczęłam się śmieć, poczułam jak bardzo jestem poparzona. Poszłam do łazienki i przyjrzałam się sobie. Plecy miałam całe poparzone. Na dodatek znajdowały się na nich ślady po pazurach demona. Ręce krwawiły i miały małe blizny po wczorajszym spotkaniu z lustrem. Na ramionach były lekkie zadrapania które na pewno powstały w szpitalu i już prawie się zagoiły. Miałam też na nich kilka poparzeń. Nad biodrem, na talii miałam przecięcie, które też się goiło. Nogi wyglądały najlepiej, to trochę dziwne, ale spodnie je ochroniły. Piekielny ogień był dla mnie o wiele łagodniejszy od normalnego. Rozebrałam się i poszłam pod prysznic. Miałam ochotę na gorący prysznic, ale skóra nie była zadowolona, gdy zetknęła się gorącymi kroplami wody. Mogłam więc na razie zadowolić się letnią wodą. Wyszłam i owinęłam się ręcznikiem, który znajdował się w łazience. Szybko umyłam jeszcze włosy. Nasłuchiwałam przez chwile i kiedy upewniłam się, że Jace jeszcze nie wrócił wyszłam z łazienki i mało co nie wpadłam na krzesło na którym leżały: moje krótkie martensy. Ich widok sprawił, że od razu poprawił mi się humor, miałam je prawie od zawsze. Przypominały mi o dawnym życiu kiedy byłam pewna, że takie rzeczy jak potwory, anioły i inne nad naturalne istoty nie istnieją. Ciekawe dlaczego się nie spaliły? Teraz nie chciałam zawracać sobie tym głowy. Czarna bluzka, po kroju od razu zauważyłam, że męska. To sprawiło, że kąciki moich ust lekko się podniosły. Dobrze wiedziałam do kogo należy oraz spodnie takiego samego koloru. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to mój rozmiar. Bielizna oraz mała kosmetyczka. Wzięłam wszystko i z powrotem wróciłam do łazienki. Kiedy nakładałam bluzkę, poczułam tak dobrze mi znany zapach wiatru. Spodnie leżały dobrze, tylko nogawki były trochę za długie, na szczęście podwinięcie ich to przecież żaden problem. Najbardziej zdziwiło mnie to co znajdowało się w kosmetyczce. Szczotka do włosów i zębów, pasta, kredka do oczu i tusz do rzęs. Kiedy wyjmowałam ostatnie trzy rzeczy czułam się tak jakby osoba, która je tam wkładała wiedziała, że mimo wszystko będę chciała mieć je na sobie, a były to kolczyki od Jace'a, pierścionek od Sally i bransoletka, którą dostałam na 14 urodziny od mamy. Na dnie kosmetyczki zauważyłam małą karteczkę, na której pisało '' o jednym prezencie zapomniałaś''. Użyłam wszystkiego co znajdowało się w kosmetyczce. Nałożyłam na siebie biżuterie i wyszłam z łazienki nie spodziewałam się, że ostatni prezent zabierze mi dech z piersi i sprawi, że się uśmiechnę. Każdy by tak zareagował na biały sweter od taty, którego byłaś pewna, że nigdy już nie zobaczysz. Wyglądał jakby został przed chwila kupiony, ale wiedziałam, że to ten który został zniszczony. Nałożyłam go na siebie i rozejrzałam się za czymś co mogłabym zrobić, w kącie pokoju zauważyłam mój plecak. Wyjęłam z niego książkę i do wieczoru czytałam. Jace dalej nie wrócił, a ja skończyłam książkę, więc stwierdziłam, że rozejrzę się po hotelu. Zeszłam po pięknych kręconych schodach na parter. Była tam recepcja oraz drzwi z napisem ''SALA BANKIETOWA''. Ponieważ nie mogłam podjąć innej decyzji, otworzyłam drzwi, zapaliłam światło i weszłam do przestronnego pomieszczenia ze złotymi zdobieniami. Na końcu sali znajdowała się scena, a na niej stał piękny czarny fortepian. Wyglądał jak nowy. Podeszłam do niego i pewnie usiadałam na stołku. Podniosłam klapę i zauważyłam nienaruszone klawisze. Jeżeli ktoś na nim grał, musiało być to bardzo dawno. Zamknęłam oczy i zaczęłam grać pierwsze dźwięki. Było to moja ulubiona piosenka, znałam ją więc na pamięć. Kiedy skończyłam grać usłyszałam oklaski. Odwróciłam się i zaczęłam się śmiać. Wyglądał tak samo jak wtedy. Cały ubrany na czarno, z tymi rozczochranymi blond włosami i oczami świecącymi samouwielbieniem.
-Jak za pierwszym razem. Lubie słuchać jak grasz i nigdy nie mam odwagi ci przerwać.
-Nie gram jak prawdziwa pianistka- powiedziałam z przekonaniem. - Nigdy nie skończyłam szkoły muzycznej.
- Grasz lepiej niż ci pianiści, ponieważ grasz z uczuciami. - Podszedł do mnie, tym swoim pewnym krokiem. I usiadł obok – mogę spróbować zagrać z tobą? - już chciałam zaprzeczyć, ale on mnie wyprzedził – szybko się uczę - jego uśmiech sprawił, że jakiekolwiek wątpliwości zniknęły z mojej głowy. Wzięłam jego rękę w swoją. Ułożyłam jego palce na odpowiednich klawiszach, aby powstał akord durowy. Zaczęłam grać, to była prawda, uczył się bardzo szybko. Dobrze wiedział kiedy nacisnąć, jakby nie słyszał tego utworu tylko dwa razy. Ja też byłam wszystkiego bardziej pewna. Słuch nieśmiertelnej przydaje się w takich sprawach. Grając czułam się tak jakbym pokazywała Jece'owi kawałek siebie. Jedynymi osobami, które słyszały jak gram była moja mama i ?Sally. Było to coś mojego, zawsze grałam utwory, które coś dla mnie znaczyły i jakoś pasowały do mojego życia. Podczas grania co chwile dotykałam Jace'a. Wydawało mi się ,że ja też go poznaje. ''Jeszcze o wielu rzeczach ci nie powiedział.'' W mojej głowie zabrzmiał głos Celestin. Był taki wyraźny jakby dziewczyna mówiła mi to w twarz.
- Czemu przestałaś grać?
- Zdałam sobie sprawę, że kompletnie nic o tobie nie wiem. Ty znasz prawie całe moje życie. I ciągle się czegoś dowiadujesz, wiesz co mnie rani, a co cieszy. Wiesz, że nałożę ten pierścionek mimo, że Sally nie żyje i sprawia mi to ból. Dlaczego ja ciebie prawie nie znam. Tylko kilka historii z twojego życia, że byłeś chory i twoje imię. - nie wiem dlaczego tak wybuchnęłam. Po prostu nagle zdenerwował mnie ten fakt. Wyszłam z sali i poszłam do naszego pokoju. Wiedziałam, że idzie za mną. Kiedy przekroczyłam pokój do moich nozdrzy dotarł zapach ryżu z warzywami.
- Lubię chińszczyznę, a mój ulubiony kolor to czarny. Chce ukryć się przed dawnym sobą tym z chorobą, ponieważ teraz jestem silniejszy od każdego i podoba mi się to. Nie chciałbym być człowiekiem, ani nieśmiertelnym bo nie lubię ciągłej presji i obowiązków. Irytuje mnie kiedy ktoś nie zgadza się z moim zdaniem i mnie przedrzeźnia. Dlatego małe dzieci mnie irytują. Nie wierzę w moc małżeństwa, bo w dzisiejszych czasach nie ma ono żadnego znaczenia.- Czułam, że przesuwa się w moją stronę. Po chwili objął mnie w talii. – Trudno mi opisać samego siebie, ale jestem pewny, że ty i ja dopełniamy się, ponieważ ko....- nagle cały zesztywniał. Czułam jak zaczyna szybciej oddychać- kurwa mać.


Tym ładnym przekleństwem kończę ten rozdział. Pisało mi się go bardzo prosto ponieważ miałam,cały ułożony w swojej głowie i chyba też dlatego że chciałabym tak zagrać ze swoim chłopakiem. Całusy.

- x Celest

piątek, 6 lutego 2015

Rozdział 16

Miłość

Więc wróciłam. Troszeczke wyszłam z wprawy. Jeszcze raz strasznie przepraszam. Ten rozdział jest dla karzdej osoby która przeczytała wcześniejszy :)))

Kiedy się obudziłam, poszłam do łazienki. Czułam się niepewnie w swoim ciele, tak jakby część mnie została w tym okropnym miejscu. Nie, nie mogę o tym myśleć. Stanęłam przy zlewie i odkręciłam kran. Małe kropelki spadały na moje rozgrzane ręce. W całym pomieszczeniu było ciemno. Nie rozglądałam się na boki, teraz mogło przerazić mnie wszystko. Powoli podniosłam twarz i popatrzyłam na swoje odbicie. Moja skóra była jeszcze bardziej szara niż po przemianie. Wgłębienia pod oczami wyglądały jak paskudne rany. Zgarnęłam swoje włosy z jednej strony na drugą. Popatrzyłam w tamtą stronę i krzyknęłam. W miejscu który zasłaniały wcześniej pojawiła się twarz potwora. Patrzyła na mnie tak jakbym była zwierzyną. Z całej siły uderzyłam w lustro. Rozleciało się na małe kawałki, zaczęłam płakać. Powoli osunęłam się na podłogę pokrytą szkłem, które dogłębnie mnie poraniło. Nie chce przeżywać tego znowu. Czułam się tak jakbym znowu była w nicości, nie byłam w stanie zrobić najmniejszego ruchu. Nagle coś mnie objęło, czyjeś silne ramiona. Podniosły mnie i posadziły na czymś miękkim. Cały strach ze mnie zniknął, tak jak wtedy. Trzymałam się jednej myśli Jace.
-Jesteś bezpieczna- powiedział to głosem tak różnym od tego który znałam. Zatroskanym, on się o mnie martwi. - opowiesz mi co się stało, może to ci pomoże – podniosłam głowę i popatrzyłam w jego oczy, czarne jak noc. Nieobliczalne, niebezpieczne, ale z drugiej strony dopiero teraz zauważyłam w nich ciemność, która towarzyszy ci gdy zamykasz oczy przed snem, który daje ci ukojenie. Poczułam, że muszę go dotknąć, sprawdzić czy jest prawdziwy. Wyciągnęłam rękę w jego stronę, a on zamiast ująć ją w swoje, przysunął się do mnie i delikatnie mnie przytulił. Było to tak podobne do uścisku mojej matki. Pomocne, dodające odwagi.
-Byłam w ciemności – zaskoczył mnie mój głos. Byłam pewna, że nikomu o tym nie powiem. Wiedziałam ile łez to wywoła, ale teraz myślałam tylko o tym, że jest to osoba której mogę powiedzieć wszystko. - Bałam się. Bałam się poruszyć i bałam się myśleć o czymś innym niż o strachu. Gdy tylko zrobiłam to czułam okropny ból, jakbym odrywała kawałek siebie.- Przełknęłam ślinę. Nie chciałam mówić dalej, ale musiałam mu to powiedzieć. - Były tam glosy, które mówiły mi jaka okropna jestem. Znajdowały moje wyrzuty sumienia i atakowały mnie nimi. Demony wyglądały jak ja, tylko troszeczkę inaczej. To sprawiało, że bałam się słuchać i patrzeć- opowiadając to czułam siłę, która powoli we mnie wstępowała. - wszystko co nie była związane ze strachem odrzucałam od siebie. Ale nagle pojawiła się myśl, która mówiła mi, że przy tobie bym się nie bała – powoli puścił mnie z swoich objęć i odsunął od siebie. Na jego twarzy jak zwykle nie było żadnych uczuć. Zwykły wzrok wbity we mnie. Nie byłam pewna czy mogę mówić dalej, mimo wątpliwości kontynuowałam – Myślałam o dniach które spędziliśmy oraz o najdrobniejszych twoich cechach. Sprawiało mi to przyjemność. Wszystko było dobrze, dopóki nie doszłam do momentu kiedy widziałam cie po raz ostatni, a raczej słyszałam. Twój krzyk wypełnił całą ciemność- nawet nie zdałam sobie sprawy kiedy zaczęłam płakać – demony i głosy przestraszyły się go ponieważ, były w nim ukryte uczucia, których one nie znały. Ten krzyk sprawił, że – nie mogłam wypowiedzieć tych dwóch słów czułam, że nie mogę. Wiedziałam, że to się źle skończy – wróciłam. Czułam rozrywający ból i pojawiłam się w tym szpitalu, tylko tam o tym nie pamiętałam. Bałam się ciebie, przez ułamek sekundy chciałam cie zabić, ale przez resztę czasu myślałam o tobie. - łzy leciały, nie rozumiem dlaczego tak często ostatnio płacze. Jego twarz dalej była nieodgadniona. Po co ja mu to powiedziałam. Wyrwałam ręce z jego uścisku, gotowa wstać uciec. Ale on mnie powstrzymał.
-Mówiono nam o nieśmiertelnych. O tym, że są naszymi wrogami ponieważ bóg stworzył ich bo my byliśmy za słabi, za wolni. Chciał stworzyć istoty które będą mogły cały czas żyć na ziemi i będą miał6y moce aniołów, które będą współgrać z naturą, oraz szybkość potworów. Stworzył je oraz jedną broń. Broń zaginęła, a istoty trafiły na ziemie. Były takie jakie chciał aby były, idealne – nie wiem dlaczego mi o tym mówił. Nie rozumiałam do czego zmierza – ale one odziedziczyły też coś od ludzi. Uczucia. Dziewczyna kochała go tak mocno, a potem go znienawidziła i spaliła cała wioskę prawie wyniszczając ród nieśmiertelnych. To pokazało, że tylko nieśmiertelni mogą zastąpić boga. Bo miały wszystko co on posiadał. Wielką moc, pomoc natury i miłość. Dlatego tylko jeden nieśmiertelny mógł żyć na ziemi, dlatego był tylko jeden ród nieśmiertelnych, ród ognia, ponieważ bez innych mocy nieśmiertelni są niczym i nie są w stanie zastąpić boga. Lecz natura zawsze będzie z nieśmiertelnymi dlatego wysłała cię do Bruciato la citta byś mogła go zastąpić. Masz wszystko wielką moc, pomoc natury i …
-miłość – zakończyłam za niego – czy ty właśnie
-nie kończ. Bóg i o to się postarał jeżeli anioł,demon lub człowiek i nieśmiertelny wyznają sobie miłość to stracą moc. Kiedyś powiedziałem ci, że to bardziej skomplikowane i obiecałem, że wszystko wyjaśnię. Teraz już wiesz. - jego czarne oczy zalśniły nie wierzyłam w to co widzę. Nie wierzyłam w jego zaszklone oczy wydawały się takie nienaturalne. Pochylił się do mnie i pocałował mnie w czoło. On mnie kocha a ja kocham jego nie jesteśmy w stanie sobie o tym powiedzieć. To brzmi jak jakaś głupia bajka. Lecz bajki zawsze kończą się dobrze. Dopiero teraz poczułam jaka jestem zmęczona. Wzięłam go za ręce i pociągnęłam w swoją stronę. Położyłam głowę na jego torsie.
-Lily nigdy nie kochała twojego ojca, wyrzekła się miłości abyś ty mogła go pokonać - zasnęłam 

czwartek, 5 lutego 2015

Okej wróciłam muszę wszystko poukładać i będe pisać dalej. Strasznie przepraszam. Zdziwiło mnie to że weszłam tu i miałam kilka wyświetleń to sprawiło że znowu zachciało mi sie pisać. Przez cały czas myślałam o tej histori ale nwm czy ktokolwiek chce abym jeszcze cokolwiek pisała. Miło by było gdyby ktoś napisał czy chcaiłby będe wdzięczna
-x Celest

środa, 13 sierpnia 2014

Rozdział 15

Szpital
No cóż znowu długo nie wstawiałam. Niestety nawet w wakacje nie mam na nic czasu :( Przepraszam jeszcze raz i dziękuje, że czekałyście :)))

Odzyskałam świadomość. Ze strachem rozejrzałam się po pomieszczeniu w którym się obecnie znajdowałam. Białe ściany, lekko przybrudzone i niesamowicie szorstkie, biały sufit i zniszczona podłoga. Przede mną i za mną ciągnął się długi korytarz  z wieloma drzwiami. Z trudem wstałam podpierając się o ścianę. Czułam pieczenie na łokciach, były całe obdrapane. Czułam, że jestem cała posiniaczona. Mój oddech był niesamowicie ciężki. Nie mogłam nic z tym zrobić. Ledwo co oddychałam. Czułam jak coś drapie mnie w gardle. Moje ubrania były całe brudne, a biały sweter w strzępach. Nie pozwoliłam sobie na płacz, za ostatnią rzeczą, która pokazała, że ojciec mnie rozumie. Nagle z rozmyślań wyrwał mnie zgrzyt, drzwi na korytarzu jeszcze niedawno były zamknięte, a teraz jedne z nich stały otworem. Zaczęłam iść w ich stronę. Moje serce przyśpieszyło, co jakiś czas wstrzymywałam powietrze, ale było to niesamowicie trudne bo ledwo co szłam. Złapałam się za drzwi zrobione z wiśniowego drewna i przeszłam przez próg. Nagle zaczęło mi się kręcić w głowie, góra była na dole a dół na górze. Obraz znikł i chwile potem się pojawił, klęczałam na podłodze ciężko dysząc. Byłam cała zlana potem nie mogłam oddychać, dusiłam się. Coś stanęło mi w gardle, zaczęłam kaszleć. Odebrał mi on wzrok, chwile potem patrzyłam na moją rękę zakrwawioną. Kaszlałam krwią. Z przerażenia wstałam i wyszłam z pomieszczenia. Nie wiem jak wyglądało pamiętam tylko wielki biały stół. Kiedy przekroczyłam próg, przede mną stanęła dziewczynka, wyciągnęła do mnie swoje rączki. Patrzyłam na nią ze smutkiem, ale nagle ona zaczęła gnić. Jej skóra marszczyła się i rozkładała. Towarzyszył temu okropny smród, przez który zakręciło mi się w głowie. Cofnęłam się kilka kroków. Zamknęłam oczy powtarzając sobie, że to niemożliwe ,muszę mieć zwidy. Zacisnęłam ręce na framudze drzwi i osunęłam się do przysiadu. Cała się trzęsłam, nie mogła się opanować. W głowie miałam kompletną pustkę. Nie umiem określić czy się bałam, byłam zła, czy po prostu zdziwiona. Przed oczami miałam cały czas tą biedną dziewczynkę.
- Katcherin – nie zostawcie mnie. Krzyczałam w głowie, ale po chwili moje imię rozbrzmiało jeszcze raz. W oczach stanęły mi łzy, a moje ciało znowu zadrżało. Znowu moje imię. Ja znam ten głos. Podniosłam oczy i posłuchałam z której strony dobiega jego glos. Kiedy jeszcze raz wykrzyczał moje imię, pewna tego, że przy nim będę bezpieczna wstałam i próbowałam poruszać się jak najszybciej, mimo zawrotów głowy. Niestety okropny kaszel wrócił, a razem z nim coś zaczęło mi miażdżyć czaszkę. Zaczęłam krzyczeć. Naglę moją głowę przejęły, nie moje myśli. Czułam tylko złość, ale na pewno nie moją. Biegłam dalej w stronę Jace’a, ale z nie dobrymi intencjami. Walczyłam z tym czymś co weszło do mojej głowy, ale byłam słaba. Musiałam się skupić na czymś, ale obrazy znikały i znowu się pojawiały, nie wiedziałam gdzie jestem, co robie byłam zdezorientowana. Udało mi się to coś wypędzić kiedy zobaczyłem Jace’a. Patrzył na mnie z taką troską. Na chwile mnie to rozproszyło, ale to coś w mojej głowie kazało mi go zaatakować. Widziałam jego minę, byłam wściekła nie mogłam go zranić. Wreszcie znalazłam szczelinę, małą lukę, uchylone drzwi zaczęłam je pchać. Kiedy wszystko wróciło leżałam na zimnej podłodze, a obok mnie Jace. Mimo, że moje ciało kazało mi nie wstawać podniosłam się i przeczołgałam do niego. Chłopak otworzył oczy i uśmiechnął się do mnie. Moje serce zabiło szybciej byłam taka szczęśliwa, że go widzę ten jego uśmiech. Niestety nasze szczęście na trwało długo. Poczułam mdłości, wszechogarniający bul. Kiedy znowu widziałam, Jace siedział na mnie okrakiem i trzymał mglisty miecz nad moim sercem. Coś mamrotał nie wiem dokładnie  co . Byłam przerażona, z mojej twarzy odeszły kolory. Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy. Po chwili usłyszałam tylko ciche ‘’o nie’’ Jace zszedł ze mnie i trzymał się za głowę. Był teraz taki delikatny, ale ja ciągle widziałam ten jego wściekły wzrok. Bałam się, że zaraz znowu mi coś zrobi. Zaczęłam uciekać, ciągle cię potykałam i uderzałam o ściany, wszystko wirowało. Nie myślałam normalnie. W jednym momencie cieszyłam się, że go widzę, a w drugim byłam przerażona. Kiedy biegłam przez korytarz, drzwi otwierały się widziałam ludzi chorych. Ich twarze były takie wymęczone, ciała chude.
- Katch – nie on nie może mnie znaleźć. Nie wiem jak, ale zaczęłam biec szybciej co chwile o coś zahaczałam. Rany się nie goiły. Krwawiłam naprawdę mocno. W pewnym momencie kiedy przebiegałam obok drzwi, one się nie otworzyły. Przystanęłam na chwilę, ale znowu usłyszałam swoje imię, o wiele bliżej  niż wcześniej. Nie miałam ani siły, ani czasu na dalszą ucieczkę. Po prostu nacisnęłam klamkę i wpadłam do sali operacyjnej. Znowu zaczęłam kaszleć, cała się trzęsłam było mi zimno i miałam gorączkę. Widziałam chorych ludzi małe gnijące dziewczynki i Jace’a który chce mnie zabić. Kopniakiem zamknęłam drzwi i położyłam się na zimnej podłodze. Zwinęłam się w kłębek.
****
Nagle obudziłem się w tym szpitalu. Wiedziałem, że zaklęcie zadziałało. Zobaczyłem ją, ale w pewnym momencie zamiast niej widziałem swojego ojca. Chwila i przypływ negatywnych emocji sprawił, że chciałem ją zabić. Widziałem strach w jej oczach. Zacząłem za nią iść. Złe duchy ją dręczyły, chciały jej krwi. Wszedłem do jedynego pomieszczenia, które nie stało otworem. Znalazłem się w białej zniszczonej sali operacyjnej. Sprzęty chirurgiczne były porozrzucane po cały pomieszczeniu. Lóżko stało do góry nogami. Wszystko było zmasakrowane, a na samym smrodku sali leżałam ona. Wyglądała okropnie. Podbiegłem do niej i wziąłem na ręce. Cała się trzęsła. Miała gorączkę, jej piękne rude kosmyki były przyklejone do jej twarzy. Chciałem jak najszybciej ją z tond zabrać. Drzwi były zamknięte. Kopnąłem je z całej siły.
- Boję się – usłyszałem. Popatrzyłem na Katcherin i zobaczyłem, że jest w pełni przytomna. Patrzyła na mnie tymi swoimi oczami które nie przypominały żadnych innych. Usiadłem w kącie pokoju z nią na kolanach. Delikatnie zacząłem gładzić ją po włosach. Nie chciałem sprawiać jej bólu, ale duchy chciały świeżej krwi. Chciały jej krwi.

- Będzie bolało po raz ostatni – szepnąłem i zgrabnym ruchem odgarnąłem jej włosy na jedną stronę. W pewnym momencie dziewczyna zaczęła krzyczeć. Przytuliłem ją mocniej do siebie i zacząłem głaskać po głowie. Dziewczyna powoli się uspokajała. Po jej szyi leciała mała stróżką krwi, ale rany nie było, duchy wyciągały krew z niej siłą. Szkarłatne plamy pojawiały się na podłodze i zaraz znikały. Przestała krzyczeć, ale bardzo ciężko oddychała. Jej gałki oczne poruszały się pod powiekami. Widziałem, że powstrzymuje się i robi wszystko aby nie wydobyć ani dźwięku. Jej serce przyśpieszało niebezpiecznie. Zacząłem kreślić na jej ręce małe koła. Po chwili chyba zasnęła nie mam pojęcia. Wiem tylko, że nad ranem krew przestała płynąc, a drzwi się otworzyły.

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 14

Camill

Oto i nowy rozdział. Po raz pierwszy piszę z punktu widzenia chłopaka i nie wiem jak mi to wyszło. Nie umiem ocenić. Przepraszam, że tak dawno nie pisałam, ale zakończenie szkoły, a potem kolonie i tak jakoś zleciało, ale od teraz rozdziały będę starała się wstawiać częściej. Tak więc miłego czytania.



Stanąłem przed małym domem zrobionym z drewna. Zawsze kiedy przebywałem w tym miejscu, odczuwałem silne bóle głowy. Stanąłem na ziemi i złożyłem skrzydła. Dom Camill stał w środku lasu. Podszedłem do drzwi i bez pozwolenia je otworzyłem. Musiałem ją znaleźć, wiedziałem, że żyje. Czułem delikatne uderzenia jej serca w moim ciele. Przypomniało mi się jak resztkami sił uniosłem głowę, by móc ją zobaczyć. Widziałem tylko zarys jej sylwetki ponieważ otaczał ją piekielny ogień. Poczułem ogromny ból w sercu. Widziałem jak cierpi, a najgorsze było to, że ja tego nie odczuwałem. Piekielny ogień nas od siebie odgrodził. Zawsze kiedy czułem jej uczucia wiedziałem, że żyje, mogłem normalnie funkcjonować. Potem ogień stał się większy i całkowicie ją zasłonił. Z całych sił krzyknąłem jej imię mając nadzieje, że odpowie. Widziałem tylko jak ogień znika razem z nią. Zemdlałem, a kiedy się obudziłem, czułem tak jak teraz. Kompletną pustkę i tylko lekkie uderzenia serca. Byłem na siebie wściekły, mogłem jej pomóc. Stoczyłem większe bitwy i zawsze wszystkich zaskakiwałem swoją wytrzymałością, a teraz jeden mały demon sprawił, że ją straciłem. Straciłem jej piękne rude włosy, które na końcówkach były jaśniejsze, oraz oczy, które sprawiały, że gdy na nie patrzyłem wspomnienia nie wracały, a jej usta. Delikatne, pełne, idealnie wykrojone, przypomniało mi się, że kiedy jest smutna one lekko się wykrzywiają. Nie widząc jej i nie czując jej uczuć wiedziałem, że coś mnie od niej odgradzało. Miałem wątpliwości, co jeśli zostanie tam na zawsze i nigdy już jej nie zobaczę. Nie, muszę w nią wierzyć. Za niedługo się zobaczymy, dotkniemy…
- Jace jak zwykle źle wychowany – z wewnętrznego monologu wyrwał mnie głos z lekką chrypką, który bardzo dobrze pamiętałem. Popatrzyłem na osobę, która wypowiedziała te słowa. Zobaczyłem niziutką blondynkę, z bardzo niewinnym wyrazem twarzy. Natomiast jej oczy podziwiały wszystko na co spojrzała. Usta miała blade i wąskie, kochałem kiedy delikatnie mnie nimi całowała. Camill na głowie miała wianek z kwiatów jabłoni. Zawsze go nosiła, to z niego pobierała moc natury. Wyciągnęła do mnie swoje szczupłe ramiona. Podszedłem do niej i z wielką łatwością podniosłem, jak kiedyś. Była tak słodko malutka i lekka. Czułem jak duże bransolety na jej nadgarstkach wbijają mi się w plecy. Było to nawet przyjemne. Wtuliłem się w nią i poczułem jabłka. Ten zapach przypomniał mi jak kiedyś zabrałem Camill właśnie do wielkiego sadu gdzie spędziliśmy cały dzień razem. Niestety był to mój ostatni dzień na ziemi, więc opuściłem ją rano. Od tamtego dnia jej nie widziałem. Myślałem że powita mnie krzykami, wyrzutami, a nie… przeliczyłem się. Chwilę potem trzymałem się za policzek, po dość silnym uderzeniu. Dziewczyna uśmiechała się słodko.
- Co chcesz, wiem, że nie przyszedłeś tu bez konkretnego powodu. – Mówiąc to skierowała się w stronę drzwi znajdujących się naprzeciwko mnie. Ostatnio kiedy tu byłem, domek był małą chatką gdzie kuchnia, sypialnia i salon były jednym, a z boku były małe drzwi prowadzące do łazienki. Teraz stałem w dużym okrągłym holu, a na około mnie znajdowały się różne drzwi. Stałem chwilę w osłupieniu, a potem ruszyłem za Camilll. Wiedziałem, że dziewczyna nie będzie na mnie czekać. Kiedy przekroczyłem drzwi, znalazłem się w salonie o kształcie kwadratu. Od razu gdy wszedłem, poczułem mocny zapach wanilii oraz antonówek. Po mojej prawej stronie stała czarna kanapa, na cztery osoby. Siedziała na niej Camill i wpatrywała się we mnie. Przed kanapą stał stół. Leżała na nim księga oprawiona w skórę, która na rogach była lekko poobdzierana. Misa zrobiona z ciemnego drewna, którego nazwy nie znałem, zioła oraz dwa kieliszki i lampka wina. Dziewczyna otworzyła ją i wlała do kieliszków. Sięgnęła po jeden i upiła duży łyk, przy okazji dając mi znak abym usiadł obok niej. Usiadłem i sięgnąłem po kieliszek. Powąchałem i stwierdzając, że nie znam zapachu odstawiłem go. Dobrze znałem Camill najlepiej znała się na ziołach. Kochała łączyć je i dowiadywać się o ich zastosowaniu.
- Po co przyszedłeś – uniosła brwi w pytającym geście. Uwielbiałem to u kobiet. Kiedy unosiły brwi ich twarz stawała się bardziej poważna i pewna. Przerwałem dalsze myśli ponieważ wiedziałem, że wcześniej czy później dojdą do Katch, nie mogłem też kazać długo czekać Camill na odpowiedz.
- Chodzi o dziewczynę … muszę ją odnaleźć
- Nic trudnego daj coś co do niej należy – pochyliła się nad księgą i zaczęła ją wertować. Nie spodziewałem się, że tak po prostu będzie chciała mi pomóc.
- Ona nie żyje, utknęła gdzieś poza tym światem, a kiedy wróci muszę pojawić się tam gdzie ona. – widziałem jak źrenice Camill się powiększają, jak u kota. Zawsze tak się zmieniały, kiedy czarownica była zdenerwowana.
- Prosisz mnie o coś niemożliwego – starała się mówić to jak najbardziej spokojnym głosem, ale widać było, że wytrąciłem ją z równowagi. Prosiłem ją o zaklęcie, które mogło się dla niej źle skończyć. – jeśli ktoś utknie poza światem, nie wróci nawet jeśli jest istotą nad przyrodzoną.
- już raz się jej udało, zobacz – podałem jej rękę, dziewczyna ujęła ją i zamknęła kocie oczy. Czułem jak cofa się w moich wspomnieniach, aby dojść do tego momentu. Ja zrobiłem to szybciej od niej i zablokowałem niektóre wspomnienia, aby Camill niedowidziała się kim jest Katch. Po chwili dziewczyna otworzyła oczy, które na powrót stały się słodko miodowe.
- Prosisz mnie o coś niemożliwego – dziewczyna wstała i zaczęła przechadzać się po małym salonie. Wyglądała niesamowicie słodko, na tle pastelowych ścian. – mam znaleźć dziewczyna, która nie żyje, więc jej rzeczy na nic się nie przydadzą, bo jej energia życiowa znikła. Mam ją odnaleźć z jakiegoś nikłego bicia i  niewyraźnego wspomnienia !!! – uniosła lekko głos, ale nagle się zatrzymała. Ona już wiedziała, że coś przed nią ukrywam – pokaż mi wszystko.
- Nie mogę, musi ci wystarczyć to co już widziałaś. – powiedziałem to władczym tonem, którego używałem bardzo rzadko, czarownica musiała mnie usłuchać. Usiadła obok mnie i zaczęła szukać w księdze. Po chwili zaczęła coś szeptać i przed nią pojawiła się nowa księga, a misa wypełniła się szkarłatną krwią. Ciemną taką jaką posiadają ludzie, ale po chwili krew stała się bardziej złocista jak moja, potem przeszła w ciemną prawie czarną krew demonów, a na koniec w lekko zielonkawą krew czarownic. Wiedziałem, byłem pewny, że Camill zdała sobie sprawę, kim jest Katcherin. Niestety musiała skończyć to zaklęcie. Powoli wyciągnęła w moją stronę rękę i delikatnie ujęła mój nadgarstek. Nie czułem nic, byłem skupiony na tym co robi dziewczyna. Nawet nie poczułem, kiedy na moim nadgarstku pojawiło się małe rozcięcie, z którego poleciały dwie krople krwi. Nie zwracałem na to uwagi wiedziałem ,że już za chwilę się zagoi. Dziewczyna wrzuciła kilka ziół i zaczęła coś mówić wciąż trzymając mnie za nadgarstek.  Światła w pomieszczeniu zaczęły zapalać się i gasnąć. Od południa zawiał wiatr. Popatrzyłem na Camill i zobaczyłem, że z nosa leci jej krew. Po chwili dziewczyna zaczęła głośniej wypowiadać słowa zaklęcia, co spowodowało, że także z ust zaczęła lecieć jej krew. Dziewczyna robiła coś przeciwko naturze i jednocześnie korzystając z niej. Znowu zajrzała do mojej głowy, niestety tym razem wiedziała co szuka i nie zdążyłem przed nią zablokować jednego wspomnienia. Widoku pięknego znaku nieśmiertelności na ramieniu dziewczyny. Camill zaczęła powoli oddychać, szeptem wymawiając zaklęcie. Krew przestała lecieć, gdyby dziewczyna nie zajrzała do mojej głowy, na pewno by umarła. Natura to Katcherin, gdy tylko natura dowiedziała się, że Camill szuka właśnie jej stwierdziła, że jej pomoże. Światła przestały gasnąć, a wiatr osłabł. Czarownica puściła moją rękę i widać było, że jest z siebie zadowolona. Wiedziałem, że zaklęcie zadziała. Niestety nikt nie mógł wiedzieć o Katcherin.
- Wykonałam to o co mnie prosiłeś. Musisz mi coś za to obiecać – uśmiechnęła się tajemniczo. Pewnie jeszcze niedawno odwzajemniłbym uśmiech, ale prawda była taka, że dziewczyna ściągnęła na siebie to, czego chciała uniknąć. – obiecaj, że kiedy skończysz z Nieśmiertelną, wrócisz do mnie i pozostaniesz ze mną, do końca mojego życia. – miałem gdzieś jej obietnice.
- ok. obiecuję – wyciągnąłem do niej ramiona. Dziewczyna przytuliła się do mnie z całych sił. Wystarczyła mi chwila, aby wytworzyć mglisty miecz, który od tyłu wbiłem jej w serce.
- Następnym razem rób to co ci każe, oj zapomniałem, że następnego razu nie będzie. Nikt nie może wiedzieć, że Nieśmiertelna żyje. Więc próbowałaś uniknąć czegoś, co i tak cię dopadnie, właśnie teraz– Czułem jak dziewczyna powoli osuwa się i leci w dół. Traciła naprawdę dużo krwi która zostawała na moich rękach. Nagle z jej ust poleciała krew która ubrudziła moją czarna bluzkę. Dziewczyna skierowała na mnie swoje miodowe oczy, które tak bardzo lubiłem, dzięki nim wszystko stawało się takie piękne, ale oczy Katch były mi bardziej potrzebne, one odgradzały wszystkie wspomnienia.
- obietnica – wychrypiała słabym głosem

- pozostanę z tobą do końca twojego życia. Tak jak obiecałem.

czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział dodam później niż planowałam!!

Oznajmiam, że wróciłam i znowu będę pisać. Nigdy nie planowałam opuścić tego bloga, mam zamiar skończyć tą historię. Niestety dzisiaj wyjeżdżam więc nie dodam nowego rozdziału. Rozdział jest już prawie napisany więc postaram się go dokończyć i wstawić jak najszybciej. Proszę też o zostawienie pod tym postem jakiś komentarz, abym wiedziała ile osób ma zamiar czytać dalej. Przepraszam za nie wstawianie :)
Celest!! 

czwartek, 5 czerwca 2014

Rozdział 13

Piekielny Ogien



Przepraszam że nic nie wstawiałam dobrze wiedziałam co chcę napisać ale nie mogłam ubrać tego w słowa. Nienawidzę tego razdziału potraktujcie go jako taką wzmiankę przeczytajcie i proszę nie zwracajcie uwagi na beznadziejną jakość. Postaram się aby następne rozdziały były ładniej napisane. 



Ruszyliśmy w stronę samochodu. Ciągle w myślach przypominałam sobie zawieszone kropelki wody. Ich przejrzystość, wspomnienia znikły gdy poczułam dziwny zapach, stęchlizny. Jace stanął w miejscu. Ten zapach przywołał wspomnienia Sally. Widziałam jej twarz, która się wydłuża tak jakby dziewczyna stała przede mną. Odruchowo przesunęłam się w stronę Jace’a, jego aura sprawiała, że każda dziewczyna przy nim czuła się bezpieczniejsza. Cicho podeszliśmy do samochodu. Czułam zdenerwowaną atmosferę wiszącą w powietrzu, słyszałam dwa serca bijące takim samym nierównym rytmem. Brzmiało to jak muzyka.
- Były tu, ale już ich nie ma – Jace wyprostował się i rozluźnił barki. Znów był sobą. Nie zaszczycając mnie spojrzeniem, wsiadł do czarnego samochodu z zaciemnionymi szybami. Próbowałam uspokoić emocje, które dotychczas mi towarzyszyły, ale nie byłam w stanie, zrezygnowana ruszyłam w stronę tojoty. Kiedy samochód ruszył, sięgnęłam po swój plecak. Z małej kieszonki dwoma palcami wyjęłam pierścionek w kształcie trójkąta z wygrawerowanymi różami. Na jego widok w oczach stanęły mi łzy. Wytarłam je pospiesznie wierzchem dłoni. Delikatnie przesunęłam palcem po wgłębieniach. Przypomniałam sobie uśmiech mojej przyjaciółki, kiedy mi go dawała. Dopiero teraz zauważyłam, że był inny, bardziej sztuczny, wszystko co robiła tego dnia było sztuczne. Sally zawsze tryskała energią i patrzyła na świat oczami wyobraźni. Tego dnia była bardziej zgaszona, jakby ciało poruszało się według czyichś rozkazów.  Po chwili zastanowienia nałożyłam go na palec i zasnęłam. Śniły mi się moje wspomnienia z dzieciństwa. Momenty, które spędziłam z Sally. Niestety zamiast niej widziałam zawsze twarz demona, która śmiała się razem ze mną.
W pewnym momencie sny były tak straszne, że się obudziłam. Jace patrzył na mnie z troską, wiedziałam to. Niestety kiedy centralnie skierowałam na niego wzrok i zagłębiłam się w jego oczach, widziałam tylko czerń.
- Krzyczałam?
- Trochę i kilka razy mnie uderzyłaś. - Zrobił zamyśloną minę na co ja tylko wywróciłam oczami-  Muszę zabronić ci spać w samochodzie, bo w przyszłym czasie spowodujesz wypadek. – popatrzyłam przez okno i zobaczyłam, że znowu jedziemy z tą niesamowitą prędkością.
- Szybciej ty przywalisz o drzewo – powiedziałam lekko go szturchając. Chłopak tylko się uśmiechnął i przestał zwracać na mnie uwagę. Wiedziałam, że pogrążył się we wspomnieniach. Skupiłam się na drodze. Jechaliśmy po idealnym asfalcie. Otaczały nas puste pola. Otworzyłam okno. Do samochodu wlał się zapach kwiatów i ciepłe powietrze. Tak zawsze pachniało w domu, mama kupowała świeże kwiaty i stawiała je na stole w jadalni.  Nagle na maskę samochodu spadł jakiś wielki, czarny, cień. Był większy od człowieka. Demon. Z przerażenia wstrzymałam oddech. Okropny zgrzyt dotarł do moich uszu. Odwróciłam się i zobaczyłam wielkie szpony, wbite w dach samochodu. O dziwo pomyślałam o tym, że potwór zniszczył piękny, czarny samochód. Dopiero potem stwierdziłam, że większa krzywda stanie się nam niż tojocie. Nagle wielkie, czarne skrzydła zakryły przednią i boczne szyby, tylko przez tylną wlewały się małe promyki. Jace gwałtownie skręcił kierownice i zaczął jechać tyłem. Wypuściłam powietrze z płuc, zadziwiona takim manewrem.
- Wyjmij nuż – rzucił i całkowicie skupił się na jeździe. Rozejrzałam się po całym samochodzie i z opóźnieniem zobaczyłam przed sobą małą skrytkę. Okazało się, że jest zamknięta. Nie chciałam rozpraszać Jace’a i prosi go o klucze, więc cofnęłam siedzenie i z całej siły kopnęłam w drzwiczki od szafki. W środku było pełno najróżniejszej broni. Od złotych sztyletów po jakieś pręty. Trzęsącymi się rękami sięgnęłam po srebrny sztylet i z wyczekiwaniem popatrzyłam na Jace’a, nie byłam w stanie nic wykrztusić.
- Przetnij nadgarstek – rzucił to tak lekkim tonem, że zabrakło mi tchu. Jak to mam tak po prostu przeciąć swoją skórę. Odwinęłam rękaw swetra i popatrzyłam na bliznę, która już ciągnęłam się przez całą wewnętrzną cześć ręki. Odetchnęłam dwa razy, próbując się uspokoić. Nie było czasu na moje wątpliwości, Jace wie co robi. Z tą myślą zamknęłam oczy i wykonałam szybki ruch ręką. Poczułam lekkie pieczenie, ale nic poza tym, adrenalina tłumiła ból. Usłyszałam niezrozumiałe słowa. Okazało się, że to Jace mówi coś po jakimś języku. Nie wiem czemu, ale od razu słowa skojarzyły mi się z łaciną. Przypomniałam sobie o moich mocach i spróbowałam wywołać ogień. Nie byłam w stanie, udało mi się tylko wezwać wiatr, który dął w potwora. Jace skończył mówić i znowu przekręcił samochód aby jechać przodem. Przednia szyba była pusta, skrzydła gdzieś zniknęły. Mało mnie to zaskoczyło, ale stwierdziłam, że potem zapytam o to Jace’a. Po patrzyłam na swój nadgarstek i zobaczyłam, że rana już się prawie zagoiła. Jace wjechał  na jakieś pole. Zatrzymał samochód i ręką pokazał mi, że mam być cicho. Bałam się nawet oddychać. Wskazał na drzwi i pokazał 3 palce. Zgiął jeden i położył rękę na klamce, zrobiłam to samo. Zgiął drugi i przy jego pasie pojawił się mglisty miecz. Nie byłam w stanie wytworzyć teraz broni umysłem, musiałam całkowicie zdać się na naturę. Zgiął 3 palec i w tym samym momencie otworzyliśmy drzwi co zdezorientowało potwora. Jace od razu gdy wysiadł zamachnął się mieczem, mocno raniąc bok potwora, natomiast ja odeszłam dalej, aby z bezpiecznej odległości pomagać Jace’owi. Idealnie wygładziłam podłoże pod jego nogami i nakazałam wiatrowi wiać tak, aby próbował zrzucić potwora z samochodu. Będąc na nim miał większe szanse. Z całych sił próbowałam przywołać ogień, ale nie byłam w stanie. Coś blokowało moje siły, może strach, nie byłam pewna. Nad wodą nawet się nie zastanawiałam, wiedziałam, że znajduje się kilka kilometrów stąd i przywołanie jej pozbawiło by mnie dużej ilości energii. Zamiast teko podniosłam ziemię i naparłam nią na potwora. Wiedziałam, że tak nic nie zdołam potrzebowałam mojego najsilniejszego żywiołu. Cofnęłam się o krok przez przypadek stając na suchą gałąź. Potwór to usłyszał i wzniósł się w górę, wylądował idealnie przede mną, przy okazji mocno raniąc Jaca pazurami. Słyszałam jak krzyczy moje imię, ale w tym momoncie mocniej słyszałam szybkie i nienaturalne bicie demonicznego serca. Cofnęłam się jeszcze trochę, potwór wzniósł się w powietrze. Przypomniałam sobie jak na w-f robiliśmy przewroty w przód, zaryzykowałam i spróbowałam udało mi się przemknąć pod szponami potwora, które unosiły się w powietrzu. Wstałam i zaczem biec. Niestety demon mnie dognił i złapał za kołnierz. Podarł mój biały sweter. Popatrzyłam w dół i zobaczyłam Jace niesamowicie bladego. Obok niego leżała mała kałuża krwi. Jace jedyna osoba jaka mi pozostała, umierała, nie mogłam na to pozwolić. Ten widok sprawił, że w moich żyłach pojawił się ogień. Bez problemu zapaliłam całe podłoże pod nami, oczywiście omijając miejsce gdzie leży Jace Wysiliłam umysł i nakazałam płomieniom iść w górę. Bez problemu zanurzyliśmy się w płomieniach, które nas ogarnęły. Zamknęłam nas w piekielnym ogniu. Z uśmiechem na twarzy, patrzyłam jak demon staje się mniejszy, a potem ludzki. I kiedy było już za późno, rozpoznałam twarz Sally. Płaczącą, wykrzywioną z bólu. Paliłam swoją najlepszą przyjaciółkę. Zaczęłam krzyczeć tak gdybym i ja płonęła. ,,Demony powstały z piekielnego ognia i piekielnego dymu. Tylko to może nas zabić lub wypędzić z ludzkiego ciała. Niestety mogą też zabić człowieka.’’ Nie wiem skąd to wiedziałam. Wydało mi się że to myśli umierającego demona. Stwierdziłam, że Sally nie żyje, chociaż tak naprawdę mogłam ją uratować. A teraz sama ją zabiłam. Nienawiść do samej siebie ogarnęłam mnie całą. ‘’ Nie pozwól aby coś innego niż miłość przejęło twoje moce.’’ Słowa Celestyn pojawiły mi się przed oczami i właśnie w tym momencie zdałam sobie sprawę co robię. Tym razem zaczęłam krzyczeć, ponieważ poczułam piekielny ogień na swojej skórze. Było to jak sztylety, które cięły moją skórę. Pozwoliłam aby nienawiść przejęła moje moce i teraz właśnie za to byłam karana. Umierałam wiedziałam to. W tym momencie nie myślałam o niczym oprócz pierścionku od Sally na moim palcu. Usłyszałam tylko jeszcze swoje imię wypowiedziane przez basowy głos.