-x Celest
czwartek, 5 lutego 2015
Okej wróciłam muszę wszystko poukładać i będe pisać dalej. Strasznie przepraszam. Zdziwiło mnie to że weszłam tu i miałam kilka wyświetleń to sprawiło że znowu zachciało mi sie pisać. Przez cały czas myślałam o tej histori ale nwm czy ktokolwiek chce abym jeszcze cokolwiek pisała. Miło by było gdyby ktoś napisał czy chcaiłby będe wdzięczna
środa, 13 sierpnia 2014
Rozdział 15
Szpital
No cóż znowu długo nie wstawiałam. Niestety nawet w wakacje nie mam na nic czasu :( Przepraszam jeszcze raz i dziękuje, że czekałyście :)))
Odzyskałam
świadomość. Ze strachem rozejrzałam się po pomieszczeniu w którym się obecnie
znajdowałam. Białe ściany, lekko przybrudzone i niesamowicie szorstkie, biały
sufit i zniszczona podłoga. Przede mną i za mną ciągnął się długi korytarz z wieloma drzwiami. Z trudem wstałam
podpierając się o ścianę. Czułam pieczenie na łokciach, były całe obdrapane.
Czułam, że jestem cała posiniaczona. Mój oddech był niesamowicie ciężki. Nie
mogłam nic z tym zrobić. Ledwo co oddychałam. Czułam jak coś drapie mnie w
gardle. Moje ubrania były całe brudne, a biały sweter w strzępach. Nie
pozwoliłam sobie na płacz, za ostatnią rzeczą, która pokazała, że ojciec mnie rozumie.
Nagle z rozmyślań wyrwał mnie zgrzyt, drzwi na korytarzu jeszcze niedawno były zamknięte,
a teraz jedne z nich stały otworem. Zaczęłam iść w ich stronę. Moje serce
przyśpieszyło, co jakiś czas wstrzymywałam powietrze, ale było to niesamowicie trudne
bo ledwo co szłam. Złapałam się za drzwi zrobione z wiśniowego drewna i
przeszłam przez próg. Nagle zaczęło mi się kręcić w głowie, góra była na dole a
dół na górze. Obraz znikł i chwile potem się pojawił, klęczałam na podłodze
ciężko dysząc. Byłam cała zlana potem nie mogłam oddychać, dusiłam się. Coś
stanęło mi w gardle, zaczęłam kaszleć. Odebrał mi on wzrok, chwile potem
patrzyłam na moją rękę zakrwawioną. Kaszlałam krwią. Z przerażenia wstałam i
wyszłam z pomieszczenia. Nie wiem jak wyglądało pamiętam tylko wielki biały stół.
Kiedy przekroczyłam próg, przede mną stanęła dziewczynka, wyciągnęła do mnie
swoje rączki. Patrzyłam na nią ze smutkiem, ale nagle ona zaczęła gnić. Jej
skóra marszczyła się i rozkładała. Towarzyszył temu okropny smród, przez który
zakręciło mi się w głowie. Cofnęłam się kilka kroków. Zamknęłam oczy
powtarzając sobie, że to niemożliwe ,muszę mieć zwidy. Zacisnęłam ręce na framudze
drzwi i osunęłam się do przysiadu. Cała się trzęsłam, nie mogła się opanować. W
głowie miałam kompletną pustkę. Nie umiem określić czy się bałam, byłam zła,
czy po prostu zdziwiona. Przed oczami miałam cały czas tą biedną dziewczynkę.
-
Katcherin – nie zostawcie mnie. Krzyczałam w głowie, ale po chwili moje imię
rozbrzmiało jeszcze raz. W oczach stanęły mi łzy, a moje ciało znowu zadrżało.
Znowu moje imię. Ja znam ten głos. Podniosłam oczy i posłuchałam z której strony
dobiega jego glos. Kiedy jeszcze raz wykrzyczał moje imię, pewna tego, że przy
nim będę bezpieczna wstałam i próbowałam poruszać się jak najszybciej, mimo
zawrotów głowy. Niestety okropny kaszel wrócił, a razem z nim coś zaczęło mi miażdżyć
czaszkę. Zaczęłam krzyczeć. Naglę moją głowę przejęły, nie moje myśli. Czułam
tylko złość, ale na pewno nie moją. Biegłam dalej w stronę Jace’a, ale z nie
dobrymi intencjami. Walczyłam z tym czymś co weszło do mojej głowy, ale byłam
słaba. Musiałam się skupić na czymś, ale obrazy znikały i znowu się pojawiały,
nie wiedziałam gdzie jestem, co robie byłam zdezorientowana. Udało mi się to
coś wypędzić kiedy zobaczyłem Jace’a. Patrzył na mnie z taką troską. Na chwile
mnie to rozproszyło, ale to coś w mojej głowie kazało mi go zaatakować.
Widziałam jego minę, byłam wściekła nie mogłam go zranić. Wreszcie znalazłam szczelinę,
małą lukę, uchylone drzwi zaczęłam je pchać. Kiedy wszystko wróciło leżałam na
zimnej podłodze, a obok mnie Jace. Mimo, że moje ciało kazało mi nie wstawać
podniosłam się i przeczołgałam do niego. Chłopak otworzył oczy i uśmiechnął się
do mnie. Moje serce zabiło szybciej byłam taka szczęśliwa, że go widzę ten jego
uśmiech. Niestety nasze szczęście na trwało długo. Poczułam mdłości,
wszechogarniający bul. Kiedy znowu widziałam, Jace siedział na mnie okrakiem i
trzymał mglisty miecz nad moim sercem. Coś mamrotał nie wiem dokładnie co . Byłam przerażona, z mojej twarzy odeszły
kolory. Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy. Po chwili usłyszałam tylko ciche ‘’o
nie’’ Jace zszedł ze mnie i trzymał się za głowę. Był teraz taki delikatny, ale
ja ciągle widziałam ten jego wściekły wzrok. Bałam się, że zaraz znowu mi coś
zrobi. Zaczęłam uciekać, ciągle cię potykałam i uderzałam o ściany, wszystko
wirowało. Nie myślałam normalnie. W jednym momencie cieszyłam się, że go widzę,
a w drugim byłam przerażona. Kiedy biegłam przez korytarz, drzwi otwierały się
widziałam ludzi chorych. Ich twarze były takie wymęczone, ciała chude.
- Katch –
nie on nie może mnie znaleźć. Nie wiem jak, ale zaczęłam biec szybciej co chwile
o coś zahaczałam. Rany się nie goiły. Krwawiłam naprawdę mocno. W pewnym
momencie kiedy przebiegałam obok drzwi, one się nie otworzyły. Przystanęłam na
chwilę, ale znowu usłyszałam swoje imię, o wiele bliżej niż wcześniej. Nie miałam ani siły, ani czasu
na dalszą ucieczkę. Po prostu nacisnęłam klamkę i wpadłam do sali operacyjnej.
Znowu zaczęłam kaszleć, cała się trzęsłam było mi zimno i miałam gorączkę.
Widziałam chorych ludzi małe gnijące dziewczynki i Jace’a który chce mnie
zabić. Kopniakiem zamknęłam drzwi i położyłam się na zimnej podłodze. Zwinęłam
się w kłębek.
****
Nagle obudziłem
się w tym szpitalu. Wiedziałem, że zaklęcie zadziałało. Zobaczyłem ją, ale w
pewnym momencie zamiast niej widziałem swojego ojca. Chwila i przypływ
negatywnych emocji sprawił, że chciałem ją zabić. Widziałem strach w jej
oczach. Zacząłem za nią iść. Złe duchy ją dręczyły, chciały jej krwi. Wszedłem
do jedynego pomieszczenia, które nie stało otworem. Znalazłem się w białej
zniszczonej sali operacyjnej. Sprzęty chirurgiczne były porozrzucane po cały
pomieszczeniu. Lóżko stało do góry nogami. Wszystko było zmasakrowane, a na
samym smrodku sali leżałam ona. Wyglądała okropnie. Podbiegłem do niej i wziąłem
na ręce. Cała się trzęsła. Miała gorączkę, jej piękne rude kosmyki były
przyklejone do jej twarzy. Chciałem jak najszybciej ją z tond zabrać. Drzwi
były zamknięte. Kopnąłem je z całej siły.
- Boję się
– usłyszałem. Popatrzyłem na Katcherin i zobaczyłem, że jest w pełni przytomna.
Patrzyła na mnie tymi swoimi oczami które nie przypominały żadnych innych.
Usiadłem w kącie pokoju z nią na kolanach. Delikatnie zacząłem gładzić ją po
włosach. Nie chciałem sprawiać jej bólu, ale duchy chciały świeżej krwi.
Chciały jej krwi.
- Będzie
bolało po raz ostatni – szepnąłem i zgrabnym ruchem odgarnąłem jej włosy na
jedną stronę. W pewnym momencie dziewczyna zaczęła krzyczeć. Przytuliłem ją
mocniej do siebie i zacząłem głaskać po głowie. Dziewczyna powoli się
uspokajała. Po jej szyi leciała mała stróżką krwi, ale rany nie było, duchy
wyciągały krew z niej siłą. Szkarłatne plamy pojawiały się na podłodze i zaraz
znikały. Przestała krzyczeć, ale bardzo ciężko oddychała. Jej gałki oczne
poruszały się pod powiekami. Widziałem, że powstrzymuje się i robi wszystko aby
nie wydobyć ani dźwięku. Jej serce przyśpieszało niebezpiecznie. Zacząłem
kreślić na jej ręce małe koła. Po chwili chyba zasnęła nie mam pojęcia. Wiem
tylko, że nad ranem krew przestała płynąc, a drzwi się otworzyły.
niedziela, 27 lipca 2014
Rozdział 14
Camill
Oto i nowy
rozdział. Po raz pierwszy piszę z punktu widzenia chłopaka i nie wiem jak mi to
wyszło. Nie umiem ocenić. Przepraszam, że tak dawno nie pisałam, ale
zakończenie szkoły, a potem kolonie i tak jakoś zleciało, ale od teraz
rozdziały będę starała się wstawiać częściej. Tak więc miłego czytania.
Stanąłem
przed małym domem zrobionym z drewna. Zawsze kiedy przebywałem w tym miejscu,
odczuwałem silne bóle głowy. Stanąłem na ziemi i złożyłem skrzydła. Dom Camill
stał w środku lasu. Podszedłem do drzwi i bez pozwolenia je otworzyłem.
Musiałem ją znaleźć, wiedziałem, że żyje. Czułem delikatne uderzenia jej serca
w moim ciele. Przypomniało mi się jak resztkami sił uniosłem głowę, by móc ją
zobaczyć. Widziałem tylko zarys jej sylwetki ponieważ otaczał ją piekielny
ogień. Poczułem ogromny ból w sercu. Widziałem jak cierpi, a najgorsze było to,
że ja tego nie odczuwałem. Piekielny ogień nas od siebie odgrodził. Zawsze
kiedy czułem jej uczucia wiedziałem, że żyje, mogłem normalnie funkcjonować.
Potem ogień stał się większy i całkowicie ją zasłonił. Z całych sił krzyknąłem
jej imię mając nadzieje, że odpowie. Widziałem tylko jak ogień znika razem z
nią. Zemdlałem, a kiedy się obudziłem, czułem tak jak teraz. Kompletną pustkę i tylko lekkie uderzenia
serca. Byłem na siebie wściekły, mogłem jej pomóc. Stoczyłem większe bitwy i
zawsze wszystkich zaskakiwałem swoją wytrzymałością, a teraz jeden mały demon sprawił,
że ją straciłem. Straciłem jej piękne rude włosy, które na końcówkach były
jaśniejsze, oraz oczy, które sprawiały, że gdy na nie patrzyłem wspomnienia nie
wracały, a jej usta. Delikatne, pełne, idealnie wykrojone, przypomniało mi się,
że kiedy jest smutna one lekko się wykrzywiają. Nie widząc jej i nie czując jej
uczuć wiedziałem, że coś mnie od niej odgradzało. Miałem wątpliwości, co jeśli zostanie
tam na zawsze i nigdy już jej nie zobaczę. Nie, muszę w nią wierzyć. Za niedługo
się zobaczymy, dotkniemy…
- Jace jak
zwykle źle wychowany – z wewnętrznego monologu wyrwał mnie głos z lekką chrypką,
który bardzo dobrze pamiętałem. Popatrzyłem na osobę, która wypowiedziała te
słowa. Zobaczyłem niziutką blondynkę, z bardzo niewinnym wyrazem twarzy.
Natomiast jej oczy podziwiały wszystko na co spojrzała. Usta miała blade i
wąskie, kochałem kiedy delikatnie mnie nimi całowała. Camill na głowie miała
wianek z kwiatów jabłoni. Zawsze go nosiła, to z niego pobierała moc natury.
Wyciągnęła do mnie swoje szczupłe ramiona. Podszedłem do niej i z wielką łatwością
podniosłem, jak kiedyś. Była tak słodko malutka i lekka. Czułem jak duże
bransolety na jej nadgarstkach wbijają mi się w plecy. Było to nawet przyjemne.
Wtuliłem się w nią i poczułem jabłka. Ten zapach przypomniał mi jak kiedyś
zabrałem Camill właśnie do wielkiego sadu gdzie spędziliśmy cały dzień razem.
Niestety był to mój ostatni dzień na ziemi, więc opuściłem ją rano. Od tamtego
dnia jej nie widziałem. Myślałem że powita mnie krzykami, wyrzutami, a nie…
przeliczyłem się. Chwilę potem trzymałem się za policzek, po dość silnym
uderzeniu. Dziewczyna uśmiechała się słodko.
- Co
chcesz, wiem, że nie przyszedłeś tu bez konkretnego powodu. – Mówiąc to
skierowała się w stronę drzwi znajdujących się naprzeciwko mnie. Ostatnio kiedy
tu byłem, domek był małą chatką gdzie kuchnia, sypialnia i salon były jednym, a
z boku były małe drzwi prowadzące do łazienki. Teraz stałem w dużym okrągłym
holu, a na około mnie znajdowały się różne drzwi. Stałem chwilę w osłupieniu, a
potem ruszyłem za Camilll. Wiedziałem, że dziewczyna nie będzie na mnie czekać.
Kiedy przekroczyłem drzwi, znalazłem się w salonie o kształcie kwadratu. Od
razu gdy wszedłem, poczułem mocny zapach wanilii oraz antonówek. Po mojej
prawej stronie stała czarna kanapa, na cztery osoby. Siedziała na niej Camill i
wpatrywała się we mnie. Przed kanapą stał stół. Leżała na nim księga oprawiona
w skórę, która na rogach była lekko poobdzierana. Misa zrobiona z ciemnego drewna,
którego nazwy nie znałem, zioła oraz dwa kieliszki i lampka wina. Dziewczyna
otworzyła ją i wlała do kieliszków. Sięgnęła po jeden i upiła duży łyk, przy
okazji dając mi znak abym usiadł obok niej. Usiadłem i sięgnąłem po kieliszek.
Powąchałem i stwierdzając, że nie znam zapachu odstawiłem go. Dobrze znałem Camill
najlepiej znała się na ziołach. Kochała łączyć je i dowiadywać się o ich
zastosowaniu.
- Po co
przyszedłeś – uniosła brwi w pytającym geście. Uwielbiałem to u kobiet.
Kiedy unosiły brwi ich twarz stawała się bardziej poważna i pewna. Przerwałem
dalsze myśli ponieważ wiedziałem, że wcześniej czy później dojdą do Katch, nie
mogłem też kazać długo czekać Camill na odpowiedz.
- Chodzi o
dziewczynę … muszę ją odnaleźć
- Nic
trudnego daj coś co do niej należy – pochyliła się nad księgą i zaczęła
ją wertować. Nie spodziewałem się, że tak po prostu będzie chciała mi pomóc.
- Ona nie
żyje, utknęła gdzieś poza tym światem, a kiedy wróci muszę pojawić się tam
gdzie ona. – widziałem jak źrenice Camill się powiększają, jak u kota. Zawsze
tak się zmieniały, kiedy czarownica była zdenerwowana.
- Prosisz
mnie o coś niemożliwego – starała się mówić to jak najbardziej spokojnym głosem,
ale widać było, że wytrąciłem ją z równowagi. Prosiłem ją o zaklęcie, które
mogło się dla niej źle skończyć. – jeśli ktoś utknie poza światem, nie wróci
nawet jeśli jest istotą nad przyrodzoną.
- już raz
się jej udało, zobacz – podałem jej rękę, dziewczyna ujęła ją i zamknęła kocie
oczy. Czułem jak cofa się w moich wspomnieniach, aby dojść do tego momentu. Ja
zrobiłem to szybciej od niej i zablokowałem niektóre wspomnienia, aby Camill
niedowidziała się kim jest Katch. Po chwili dziewczyna otworzyła oczy, które na
powrót stały się słodko miodowe.
- Prosisz
mnie o coś niemożliwego – dziewczyna wstała i zaczęła przechadzać się po małym
salonie. Wyglądała niesamowicie słodko, na tle pastelowych ścian. – mam znaleźć
dziewczyna, która nie żyje, więc jej rzeczy na nic się nie przydadzą, bo jej
energia życiowa znikła. Mam ją odnaleźć z jakiegoś nikłego bicia i niewyraźnego wspomnienia !!! – uniosła lekko
głos, ale nagle się zatrzymała. Ona już wiedziała, że coś przed nią ukrywam –
pokaż mi wszystko.
- Nie
mogę, musi ci wystarczyć to co już widziałaś. – powiedziałem to władczym tonem,
którego używałem bardzo rzadko, czarownica musiała mnie usłuchać. Usiadła obok
mnie i zaczęła szukać w księdze. Po chwili zaczęła coś szeptać i przed nią
pojawiła się nowa księga, a misa wypełniła się szkarłatną krwią. Ciemną taką
jaką posiadają ludzie, ale po chwili krew stała się bardziej złocista jak moja,
potem przeszła w ciemną prawie czarną krew demonów, a na koniec w lekko
zielonkawą krew czarownic. Wiedziałem, byłem pewny, że Camill zdała sobie
sprawę, kim jest Katcherin. Niestety musiała skończyć to zaklęcie. Powoli wyciągnęła
w moją stronę rękę i delikatnie ujęła mój nadgarstek. Nie czułem nic, byłem
skupiony na tym co robi dziewczyna. Nawet nie poczułem, kiedy na moim
nadgarstku pojawiło się małe rozcięcie, z którego poleciały dwie krople krwi.
Nie zwracałem na to uwagi wiedziałem ,że już za chwilę się zagoi. Dziewczyna wrzuciła
kilka ziół i zaczęła coś mówić wciąż trzymając mnie za nadgarstek. Światła w pomieszczeniu zaczęły zapalać się i
gasnąć. Od południa zawiał wiatr. Popatrzyłem na Camill i zobaczyłem, że z nosa
leci jej krew. Po chwili dziewczyna zaczęła głośniej wypowiadać słowa zaklęcia,
co spowodowało, że także z ust zaczęła lecieć jej krew. Dziewczyna robiła coś
przeciwko naturze i jednocześnie korzystając z niej. Znowu zajrzała do mojej
głowy, niestety tym razem wiedziała co szuka i nie zdążyłem przed nią
zablokować jednego wspomnienia. Widoku pięknego znaku nieśmiertelności na
ramieniu dziewczyny. Camill zaczęła powoli oddychać, szeptem wymawiając
zaklęcie. Krew przestała lecieć, gdyby dziewczyna nie zajrzała do mojej głowy,
na pewno by umarła. Natura to Katcherin, gdy tylko natura dowiedziała się, że
Camill szuka właśnie jej stwierdziła, że jej pomoże. Światła przestały gasnąć,
a wiatr osłabł. Czarownica puściła moją rękę i widać było, że jest z siebie zadowolona.
Wiedziałem, że zaklęcie zadziała. Niestety nikt nie mógł wiedzieć o Katcherin.
- Wykonałam
to o co mnie prosiłeś. Musisz mi coś za to obiecać – uśmiechnęła się
tajemniczo. Pewnie jeszcze niedawno odwzajemniłbym uśmiech, ale prawda była
taka, że dziewczyna ściągnęła na siebie to, czego chciała uniknąć. – obiecaj,
że kiedy skończysz z Nieśmiertelną, wrócisz do mnie i pozostaniesz ze mną, do
końca mojego życia. – miałem gdzieś jej obietnice.
- ok.
obiecuję – wyciągnąłem do niej ramiona. Dziewczyna przytuliła się do mnie z
całych sił. Wystarczyła mi chwila, aby wytworzyć mglisty miecz, który od tyłu
wbiłem jej w serce.
- Następnym
razem rób to co ci każe, oj zapomniałem, że następnego razu nie będzie. Nikt nie może wiedzieć, że Nieśmiertelna żyje. Więc
próbowałaś uniknąć czegoś, co i tak cię dopadnie, właśnie teraz– Czułem jak dziewczyna
powoli osuwa się i leci w dół. Traciła naprawdę dużo krwi która zostawała na
moich rękach. Nagle z jej ust poleciała krew która ubrudziła moją czarna
bluzkę. Dziewczyna skierowała na mnie swoje miodowe oczy, które tak bardzo
lubiłem, dzięki nim wszystko stawało się takie piękne, ale oczy Katch były mi
bardziej potrzebne, one odgradzały wszystkie wspomnienia.
-
obietnica – wychrypiała słabym głosem
-
pozostanę z tobą do końca twojego życia. Tak jak obiecałem.
czwartek, 24 lipca 2014
Rozdział dodam później niż planowałam!!
Oznajmiam, że wróciłam i znowu będę pisać. Nigdy nie planowałam opuścić tego bloga, mam zamiar skończyć tą historię. Niestety dzisiaj wyjeżdżam więc nie dodam nowego rozdziału. Rozdział jest już prawie napisany więc postaram się go dokończyć i wstawić jak najszybciej. Proszę też o zostawienie pod tym postem jakiś komentarz, abym wiedziała ile osób ma zamiar czytać dalej. Przepraszam za nie wstawianie :)
Celest!!
czwartek, 5 czerwca 2014
Rozdział 13
Piekielny Ogien
Przepraszam że nic nie wstawiałam dobrze wiedziałam co chcę napisać ale nie mogłam ubrać tego w słowa. Nienawidzę tego razdziału potraktujcie go jako taką wzmiankę przeczytajcie i proszę nie zwracajcie uwagi na beznadziejną jakość. Postaram się aby następne rozdziały były ładniej napisane.
Ruszyliśmy
w stronę samochodu. Ciągle w myślach przypominałam sobie zawieszone kropelki
wody. Ich przejrzystość, wspomnienia znikły gdy poczułam dziwny zapach,
stęchlizny. Jace stanął w miejscu. Ten zapach przywołał wspomnienia Sally.
Widziałam jej twarz, która się wydłuża tak jakby dziewczyna stała przede mną. Odruchowo
przesunęłam się w stronę Jace’a, jego aura sprawiała, że każda dziewczyna przy nim
czuła się bezpieczniejsza. Cicho podeszliśmy do samochodu. Czułam zdenerwowaną
atmosferę wiszącą w powietrzu, słyszałam dwa serca bijące takim samym nierównym
rytmem. Brzmiało to jak muzyka.
- Były tu,
ale już ich nie ma – Jace wyprostował się i rozluźnił barki. Znów był sobą. Nie
zaszczycając mnie spojrzeniem, wsiadł do czarnego samochodu z zaciemnionymi
szybami. Próbowałam uspokoić emocje, które dotychczas mi towarzyszyły, ale nie
byłam w stanie, zrezygnowana ruszyłam w stronę tojoty. Kiedy samochód ruszył, sięgnęłam
po swój plecak. Z małej kieszonki dwoma palcami wyjęłam pierścionek w kształcie
trójkąta z wygrawerowanymi różami. Na jego widok w oczach stanęły mi łzy. Wytarłam
je pospiesznie wierzchem dłoni. Delikatnie przesunęłam palcem po wgłębieniach.
Przypomniałam sobie uśmiech mojej przyjaciółki, kiedy mi go dawała. Dopiero
teraz zauważyłam, że był inny, bardziej sztuczny, wszystko co robiła tego dnia było
sztuczne. Sally zawsze tryskała energią i patrzyła na świat oczami
wyobraźni. Tego dnia była bardziej zgaszona, jakby ciało poruszało się według
czyichś rozkazów. Po chwili
zastanowienia nałożyłam go na palec i zasnęłam. Śniły mi się moje wspomnienia z
dzieciństwa. Momenty, które spędziłam z Sally. Niestety zamiast niej widziałam
zawsze twarz demona, która śmiała się razem ze mną.
W pewnym
momencie sny były tak straszne, że się obudziłam. Jace patrzył na mnie z troską, wiedziałam to. Niestety kiedy centralnie skierowałam na niego wzrok i zagłębiłam
się w jego oczach, widziałam tylko czerń.
-
Krzyczałam?
- Trochę i
kilka razy mnie uderzyłaś. - Zrobił zamyśloną minę na co ja tylko wywróciłam
oczami- Muszę zabronić ci spać w
samochodzie, bo w przyszłym czasie spowodujesz wypadek. – popatrzyłam przez okno
i zobaczyłam, że znowu jedziemy z tą niesamowitą prędkością.
- Szybciej
ty przywalisz o drzewo – powiedziałam lekko go szturchając. Chłopak tylko się
uśmiechnął i przestał zwracać na mnie uwagę. Wiedziałam, że pogrążył się we
wspomnieniach. Skupiłam się na drodze. Jechaliśmy po idealnym asfalcie.
Otaczały nas puste pola. Otworzyłam okno. Do samochodu wlał się zapach kwiatów
i ciepłe powietrze. Tak zawsze pachniało w domu, mama kupowała świeże kwiaty i stawiała
je na stole w jadalni. Nagle na maskę
samochodu spadł jakiś wielki, czarny, cień. Był większy od człowieka. Demon. Z
przerażenia wstrzymałam oddech. Okropny zgrzyt dotarł do moich uszu. Odwróciłam
się i zobaczyłam wielkie szpony, wbite w dach samochodu. O dziwo pomyślałam o
tym, że potwór zniszczył piękny, czarny samochód. Dopiero potem stwierdziłam, że
większa krzywda stanie się nam niż tojocie. Nagle wielkie, czarne skrzydła
zakryły przednią i boczne szyby, tylko przez tylną wlewały się małe promyki.
Jace gwałtownie skręcił kierownice i zaczął jechać tyłem. Wypuściłam powietrze z płuc, zadziwiona takim manewrem.
- Wyjmij
nuż – rzucił i całkowicie skupił się na jeździe. Rozejrzałam się po całym
samochodzie i z opóźnieniem zobaczyłam przed sobą małą skrytkę. Okazało się, że jest
zamknięta. Nie chciałam rozpraszać Jace’a i prosi go o klucze, więc cofnęłam
siedzenie i z całej siły kopnęłam w drzwiczki od szafki. W środku było pełno
najróżniejszej broni. Od złotych sztyletów po jakieś pręty. Trzęsącymi się
rękami sięgnęłam po srebrny sztylet i z wyczekiwaniem popatrzyłam na Jace’a, nie
byłam w stanie nic wykrztusić.
- Przetnij
nadgarstek – rzucił to tak lekkim tonem, że zabrakło mi tchu. Jak to mam tak po
prostu przeciąć swoją skórę. Odwinęłam rękaw swetra i popatrzyłam na bliznę, która już ciągnęłam się przez całą wewnętrzną cześć ręki. Odetchnęłam dwa razy, próbując się uspokoić. Nie było czasu na moje wątpliwości, Jace wie co robi. Z
tą myślą zamknęłam oczy i wykonałam szybki ruch ręką. Poczułam lekkie pieczenie, ale nic poza tym, adrenalina tłumiła ból. Usłyszałam niezrozumiałe słowa. Okazało
się, że to Jace mówi coś po jakimś języku. Nie wiem czemu, ale od razu słowa skojarzyły mi się z łaciną. Przypomniałam sobie o moich mocach i spróbowałam wywołać
ogień. Nie byłam w stanie, udało mi się tylko wezwać wiatr, który dął w
potwora. Jace skończył mówić i znowu przekręcił samochód aby jechać przodem. Przednia
szyba była pusta, skrzydła gdzieś zniknęły. Mało mnie to zaskoczyło, ale stwierdziłam, że potem zapytam o to Jace’a. Po patrzyłam na swój nadgarstek i zobaczyłam, że rana już się prawie zagoiła. Jace wjechał
na jakieś pole. Zatrzymał samochód i ręką pokazał mi, że mam być cicho.
Bałam się nawet oddychać. Wskazał na drzwi i pokazał 3 palce. Zgiął jeden i położył
rękę na klamce, zrobiłam to samo. Zgiął drugi i przy jego pasie pojawił się
mglisty miecz. Nie byłam w stanie wytworzyć teraz broni umysłem, musiałam
całkowicie zdać się na naturę. Zgiął 3 palec i w tym samym momencie
otworzyliśmy drzwi co zdezorientowało potwora. Jace od razu gdy wysiadł
zamachnął się mieczem, mocno raniąc bok potwora, natomiast ja odeszłam dalej, aby
z bezpiecznej odległości pomagać Jace’owi. Idealnie wygładziłam podłoże pod
jego nogami i nakazałam wiatrowi wiać tak, aby próbował zrzucić potwora z
samochodu. Będąc na nim miał większe szanse. Z całych sił próbowałam przywołać
ogień, ale nie byłam w stanie. Coś blokowało moje siły, może strach, nie byłam
pewna. Nad wodą nawet się nie zastanawiałam, wiedziałam, że znajduje się kilka
kilometrów stąd i przywołanie jej pozbawiło by mnie dużej ilości energii.
Zamiast teko podniosłam ziemię i naparłam nią na potwora. Wiedziałam, że tak nic
nie zdołam potrzebowałam mojego najsilniejszego żywiołu. Cofnęłam się o krok
przez przypadek stając na suchą gałąź. Potwór to usłyszał i wzniósł się w górę, wylądował idealnie przede mną, przy okazji mocno raniąc Jaca pazurami. Słyszałam
jak krzyczy moje imię, ale w tym momoncie mocniej słyszałam szybkie i nienaturalne
bicie demonicznego serca. Cofnęłam się jeszcze trochę, potwór wzniósł się w
powietrze. Przypomniałam sobie jak na w-f robiliśmy przewroty w przód, zaryzykowałam i spróbowałam udało mi się przemknąć pod szponami potwora, które
unosiły się w powietrzu. Wstałam i zaczem biec. Niestety demon mnie dognił i złapał
za kołnierz. Podarł mój biały sweter. Popatrzyłam w dół i zobaczyłam Jace
niesamowicie bladego. Obok niego leżała mała kałuża krwi. Jace jedyna osoba
jaka mi pozostała, umierała, nie mogłam na to pozwolić. Ten widok sprawił, że w
moich żyłach pojawił się ogień. Bez problemu zapaliłam całe podłoże pod nami, oczywiście omijając miejsce gdzie leży Jace Wysiliłam umysł i nakazałam
płomieniom iść w górę. Bez problemu zanurzyliśmy się w płomieniach, które nas
ogarnęły. Zamknęłam nas w piekielnym ogniu. Z uśmiechem na twarzy, patrzyłam jak
demon staje się mniejszy, a potem ludzki. I kiedy było już za późno, rozpoznałam
twarz Sally. Płaczącą, wykrzywioną z bólu. Paliłam swoją najlepszą przyjaciółkę.
Zaczęłam krzyczeć tak gdybym i ja płonęła. ,,Demony powstały z piekielnego
ognia i piekielnego dymu. Tylko to może nas zabić lub wypędzić z ludzkiego
ciała. Niestety mogą też zabić człowieka.’’ Nie wiem skąd to wiedziałam. Wydało
mi się że to myśli umierającego demona. Stwierdziłam, że Sally nie żyje, chociaż
tak naprawdę mogłam ją uratować. A teraz sama ją zabiłam. Nienawiść do samej
siebie ogarnęłam mnie całą. ‘’ Nie pozwól aby coś innego niż miłość przejęło twoje moce.’’ Słowa
Celestyn pojawiły mi się przed oczami i właśnie w tym momencie zdałam sobie
sprawę co robię. Tym razem zaczęłam krzyczeć, ponieważ poczułam piekielny ogień
na swojej skórze. Było to jak sztylety, które cięły moją skórę. Pozwoliłam aby
nienawiść przejęła moje moce i teraz właśnie za to byłam karana. Umierałam
wiedziałam to. W tym momencie nie myślałam o niczym oprócz pierścionku od Sally na moim palcu. Usłyszałam tylko jeszcze swoje imię wypowiedziane przez basowy
głos.
piątek, 23 maja 2014
Rozdział 12
Woda
Od razu przepraszam, że tak długo nie wstawiałam. Nie miałam czasu. Wena też na chwile mnie opuściła, ponieważ pod ostatnim postem było naprawdę mało komentarzy. Ten rozdział jest dla wszystkich którzy czytają. Jet drugim moim ulubionym, a co wy uważacie?
Nagle
popatrzył na mnie całkowicie inaczej i pociągnął w stronę lasu. Przez cały czas
się uśmiechał. Nie stawiałam oporu.
Wiedziałam, że mogę pójść za nim nawet do piekła. Ręka za którą mnie trzymał
lekko mrowiła. To było takie przyjemne. Mimo to starałam się zachować kamienną
twarz i nie pokazywać o czym myślę. Nagle gwałtownie mnie pociągnął. Zdałam
sobie sprawę, że mało co nie wpadłam na drzewo. Zaśmiałam się lekko ze swojego
zdezorientowania, nigdy nikt tak na mnie nie działał. Znowu poczułam
szarpnięcie i lekko przyśpieszyliśmy kroku. Po chwili biegliśmy. Nie zwracałam
uwagi na otoczenie. Tak jak w tańcu całkowicie zdałam się na swojego partnera.
Moje ciało wykonywało takie same ruchy, ale z lekkim opóźnieniem. Dokładnie
przyglądałam się pracy jego mięśni. Lekkie skrzywienie ciała, ugięcie nóg.
Gdybym chciała mogłabym zamknąć oczy. Chłopak zaczął zwalniać. Puścił moją rękę
i pozwolił mi biec centralnie przed sobą. Musiałam zobaczyć gdzie jestem, aby móc
zapanować nad ciałem. Zauważyłam, że drzew naokoło nas jest coraz mniej, oraz że
pod nogami mam coraz więcej kamieni. Spojrzałam przed siebie. Droga zwężała się
i niespodziewanie kończyła. Kiedy to zauważyłam, usłyszałam ten okropny odgłos
urywanej skóry. Na moich plecach położył się duży cień. Przyśpieszyłam, napięłam
swoje mięśnie, aby przygotować je do skoku. Gdy moje nogi lekko oderwały się od
ziemi, poczułam siłę grawitacji, która ciągnęła mnie w duł, oraz wiatr który próbował ponieś mnie w górę. Wiedziałam, że wytrzyma tylko chwile. Ze zdenerwowania zacisnęłam ręce co
spowodowało, że na ziemi za mną pojawiły się płomienie ognia. które zasłoniły
mnie od całego świata. Czułam żar na plecach, który po chwili zniknął. Ktoś złapał
mnie, kiedy miałam już spadać.
-Jesteś
lekka jak piórko – usłyszałam. Jego oddech lekko dotknął mojej skóry, sprawiając, że ogień za nami stał się jeszcze większy. Polecieliśmy jeszcze wyżej. Wiatr
nie sprawiał kłopotów, powoli opływał nasze ciała. To było tak jakbym była w
wodzie. Było to o tyle przyjemniejsze, że nie byłam mokra. Usłyszałam delikatny
basowy głos.
- Popatrz
– Rozejrzałam się naokoło i jedyne co zauważyłam, to plamki różnych kolorów.
Szary, zielony, zielono brązowy, czerwono pomarańczowy. Wyglądało to jak
rysunek małego dziecka, które bez zastanowienia wylało kilka plamek farby na płótno.
Było to o tyle piękniejsze, że wszystko świeciło lekki różem od zachodzącego
słońca i na szarym kolorze, można było co jakiś czas zobaczyć, czarne plamki
które po kolei się przesuwały i znikały. Nagle przypomniałam sobie, że nie
jestem tu sama, tylko z osobą, na której bardzo mi zależy. Piękny jasno włosy
anioł, z oczami jak noc i skrzydłami szarymi jak dym, tylko dopełniał całą tą
romantyczną scenerię.
- Wiesz co
było by bardziej romantyczne - zapytał. Zamknął oczy i wypowiedział jedno słowo
pianto. Nic się nie działo, pochwali poczułam kropelkę na swoim ramieniu.
Leniwie się po nim ześlizgnęła i zaczęła spadać w dół. Buło ich coraz więcej, wszystkie
były tak malutkie i lekkie, że prawie ich nie czułam. Popatrzyłam na mojego
anioła stróża. Jego uśmiech był niesamowity. Sprawiał, że cale moje ciało od
razu miękło. Jedna kropelka spadła na jego policzek wyglądała jak łza.
Delikatnie wytarłam ją opuszkiem palca. Przez cały ten czas wpatrywałam się w
jego oczy, które jak zwykle były nieprzeniknione. Niestety chłopak nie wytrzymał
mojego spojrzenia i odwrócił wzrok. Nagle zauważyłam, że kąciki jego ust lekko
się podniosły.
- Jesteś
niesamowita – Powiedział to bardzo cicho ale z taką pewnością, że te słowa
sprawiły mi ogromną przyjemność. Ruszyłam za jego wzrokiem i zobaczyłam, że na
obrazie pojawiły się małe przezroczyste kropelki, które zatrzymały się w
powietrzu, otaczały wszystko ale nie nas. Wyciągnęłam rękę aby dotknąć jednej z
nich. Miałam nadzieję, że poczuje lekki wiaterek, który unosi kropelkę w
powietrzu, ale zamiast tego mój palec przeszył ją, zmieniając jej kształt. Kiedy
odsunęłam go od niej, ona znowu przybrała taką samą formę. Nie poczułam nic
oprócz zimna. Ghiaccio to słowo pojawiło się w mojej głowie i spowodowało, że
kropelka zamarzła. Nie byłabym w stanie tego zrobić tylko za pomocą wiatru.
Chciałam zejść na ziemię i przyjrzeć się temu z bliska. Nawet nie
wypowiedziałam tych słów, a już spływałam na dół razem z Jace'em. Gdy stanęłam na ziemi
zobaczyłam, że niektóre kropelki zatrzymały się chwile przed tym jak uderzyły o
ziemię. Opanowałam następny żywioł, ostatni. Mogłam teraz zrobić wszystko.
Jestem nieśmiertelną, która posiada aż cztery moce. Od kilku tysięcy lat nie
istniała taka osoba jak ja.
- Panuję
nad wszystkimi żywiołami. Jestem gotowa. – wypowiedziałam to z taką pewnością
siebie, jaką nigdy nie słyszałam.
poniedziałek, 5 maja 2014
Rozdział 11
Ból
Ten rozdział dedykuję Whites Deville. Napisałam go myśląc o naszej przyjaźni :) Mimo kłótni wszystko i tak wychodzi na prostą.
Przy okazji uważam, że to jeden z moich najlepszych rozdziałów. Miłego czytania.
Przez całą drogę do samochodu myślałam o zdarzeniach na polanie. Moje serce na wspomnienie tych chwil, zaczynało mocniej bić. Jace otworzył bagażnik i wyjął z niego suchą bluzkę. Znowu zanurzyłam się we wspomnieniach pocałunku. Nagle wydało mi się, że coś jest nie w porządku. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że chłopak zamknął tylną część samochodu i skierował się stronę jakiejś dróżki. Co on znowu sobie wymyślił, prychnęłam. Ruszyłam za nim. Miałam dosyć lasu, wszystkie dźwięki coraz bardziej mnie męczyły. Ból głowy powoli dawał o sobie znać. Specjalnie szłam trochę wolniej, aby się z nim nie zrównać. Byłam dalej obrażona. Czemu on się mną bawił, dlaczego mu na to pozwalam. Powinnam była wyrwać się od razu, gdy jego usta dotknęły moich. To było takie… Pomyślałam o tym jak mogłabym się mu odgryźć. Zachowanie godne małej dziewczynki . Przypomniałam sobie co najbardziej go denerwowało, jego wspomnienia. Podbiegłam do niego i delikatnie, ale pewnie dotknęłam jego ramienia. Zaraz znalazłam się w innym miejscu. Leżałam na pryczy w jakimś pokoju. Ściany były zrobione z cegły tak samo jak podłoga. Po mojej prawej stronie znajdowało się okno, a naprzeciwko drzwi. Od razu skojarzyło mi się to pokojem w zamku. Na podłodze leżał mały dywan, a na nim drewniane zabawki. Rycerze z bronią na koniach, król z berłem i królowa w długiej sukni. W kącie przy łóżku znajdowały się pergaminy, musiały to być listy od jego matki. Z trudem podniosłam się z pryczy. Irytowało mnie to, że nie panowałam nad ciałem, tylko musiałam wykonywać polecenia, które kiedyś robił Jace. Gdybym mogła wyjrzała bym przez okno. Chociaż, pewnie i tak nic bym nie zauważyłam z powodu rozmazanego obrazu. To były przecież tylko wspomnienia. Usiadłam na podłodze i wzięłam do ręki króla. Popatrzyłam na niego i zobaczyłam, że widzę tylko kontury zabawki. Jace pozbył się tego wspomnienia. Nagle usłyszałam odgłos kroków i ze strachu mocniej ścisnęłam zabawkę. Chrzęst zamka, drzwi stanęły otworem i ktoś wszedł do pokoju. Za nim udało mi się zobaczyć długi korytarz. Nie widziałam jego twarzy, ale mogłam się domyślić po jego postawie, że to ten sam mężczyzna z którym siedziałam w karocy, kiedy zobaczyłam wcześniejsze wspomnieniu. Popatrzył na to co trzymam w ręce. Podszedł do mnie i brutalnie mi to wyrwał. Próbowałam jak najdłużej utrzymać króla w rękach, ale gdy tylko poczułam pierwsze szarpnięcie ojca Jace’a, nie wytrzymałam. Syknęłam z bólu. Szarpanina strasznie mnie wykończyła. Czułam ból w płucach. Przypomniało mi się, że mój anioł w młodości był chory. Tak strasznie mu współczułam. Mężczyzna upuścił zabawkę i bezceremonialnie zgniótł ją butem. Wyszedł i zamknął na klucz pomieszczenie. Nigdy nie czułam się taka wiotka i słaba. Ponieważ nie miałam siły, aby wstać i podejść do zabawki, podczołgałam się do niej. Wzięłam w ręce główkę króla. Tylko ona jakoś się jeszcze trzymała. Patrzyłam na nią, a potem z impetem rzuciłam nią o ścianę. Wróciłam na poprzednie miejsce i w małe rączki wzięłam królową. Na moim policzku pojawiła się mała zimna łza. Poczułam ogromny ból w twarzy. Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam, że leżę na ziemi i trzymam się za policzek. Nade mną stał Jace z kamienną twarzą. Czy to możliwe abym, aż tak go zdenerwowała, że musiał mnie uderzyć.
-Dlaczego to robisz?!- powiedział podniesionym głosem. Patrzył na mnie takim nieobecnym wzrokiem. Na pewno myślał o tym co zobaczyłam.
- A dlaczego ty się mną bawisz – odpowiedziałam. – Dlaczego sprawiasz mi ból pokazując coś czego naprawdę pragnę, a potem spełniasz moje marzenie i udajesz, że nic się nie zdarzyło.- przez całą wypowiedz nie ruszyłam się ani trochę. Bałam się. że chłopak znowu mnie uderzy.
- Pragnęłaś tego? – na jego twarzy malowało się zdziwienie. On nie wiedział.
- Też nie byłam tego pewna dopóki tego nie zrobiłeś. – wyrzuciłam. Chłopak ukląkł i delikatnie wytarł mój policzek. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że płacze. Zamknęłam oczy, jego dotyk sprawiał, że całe moje ciało płonęło. Chciałam być blisko niego. - Wszyscy mnie zostawili. Mama, tata, nawet najlepsza przyjaciółka. Tylko ty zostałeś. Trzymałeś mnie w objęciach i pozwalałeś się wypłakać. Starałeś się mnie rozśmieszać. Nie zaprzeczaj, robiłeś to. Nie wiem co do ciebie czuje, ale to coś więcej. – Nie mogłam już więcej mówić. Wytarłam łzy i wstałam. Chłopak zrobił to samo, jego wzrok ciągle był utkwiony we mnie.
- Gdzie szliśmy – zapytałam. Chciałam jak najszybciej porozmawiać o czymś innym. Nienawidziłam rozmawiać na poważne tematy. Teatralnie rozejrzałam się naokoło, nie chcąc patrzeć w ciemne oczy chłopaka. Złapał mnie za nadgarstek i odwrócił w swoją stronę.
- Też tego chciałem, ale to wszystko jest trudniejsze niż ci się wydaje. – powiedział to takim szczerym tonem. Moje serce mocniej zabiło. On chciał mnie pocałować. – wybacz mi – brzmiało to tak dziwnie. Jace proszący o coś. To nienaturalne. Musiałam mu wybaczyć
- Pod jednym warunkiem. Kiedyś wszystko mi wytłumaczysz. Wytłumaczysz co jest takie trudne. – popatrzyłam na niego poważnym wzrokiem. Nie mogłam uwierzyć, że tak szybko cała moja złość odeszła. Chłopak działał na mnie kojąco.
- Obiecuję.- popatrzył w inną stronę. Wyraźnie widziałam jego profil, był idealny. Dopiero teraz zobaczyłam, że w prawym kąciku ust ma małą bliznę. Ona dodawała mu uroku, stwierdziłam. Spojrzał na mnie i zmarszczył brwi. Chciał mi coś powiedzieć - Czuję wszystko to co ty. Najpierw jest to okropnie bolesne, ale potem pojawiają się przebłyski szczęścia, złości, nienawiści. Im jestem bliżej ciebie ból staje się mocniejszy, ale gdy cię dotykam, czuję tylko swoje uczucia. Nie byłem pewny tego kim dla mnie jesteś, ponieważ wszystko było tłumione przez tą więź. Nie poczułem tego, dopóki cię nie pocałowałem. To było takie inne. Teraz muszę trzymać się tego uczucia, bo to się szybko znowu nie wydarzy.- Nie mogłam w to uwierzyć. Sprawiam mu ból. On chciał mnie odłączyć, nie udało mu się. Ze zdenerwowania poprawiłam włosy.
- Nawet teraz? – chłopak potaknął. Odetchnęłam głęboko. - pokaż mi moje uczucia – poprosiłam. Chłopak popatrzył na mnie niepewnie i dotknął mojego policzka. Doznania Jace’a były tak intensywne, że tłumiły moje myśli i emocje. Wszystko przyćmiewał ból. Widziałam czerń. Nie słyszałam nic poza moim ciężkim, urywanym oddechem. Ból promieniował z płuc na resztę ciała. Miażdżył kości. Przekłuwał oczy. Zgniatał ciało. Wszystko zapłonęło żywym ogniem. Nagle osłabł i zaatakował dwa razy mocniej. Nie panowałam nad własnym ciałem. Nie byłam wstanie ruszyć nawet palcem. Nagle poczułam namiastkę szczęścia i ból przeszedł w stronę czaszki. Zgniótł ją i puścił, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Wzrok wrócił tak samo jak słuch. Usłyszałam swoje imię. Mocno zaczerpnęłam powietrze, ale nie było mi to potrzebne, ponieważ bólu już nie było. Zrobiłam to chyba z przyzwyczajenia. Rozejrzałam się naokoło. Okazało się, że ledwo co stałam na nogach, Jace mnie podtrzymywał. Stanęłam pewniej, ale mimo to dalej byłam trochę oniemiała. Jeżeli kiedykolwiek wyobrażałam sobie śmierć myślałam, że właśnie tak się człowiek wtedy czuje.
- Przepraszam nie powinienem ci tego pokazywać. Był to najlżejszy ból, kiedy jesteś szczęśliwa. – popatrzyłam mu prosto w oczy i od razu tego pożałowałam, ponieważ ich kolor był tak samo ciemny jak czerń ,która mnie otoczyła.
- Też to czułeś? – jeżeli on odczuwał moje uczucia tak mocno, to jakby musiał się czuć w tym momencie. Wolałam sobie tego nie wyobrażać, aby nie zwrócić jedzenia.
- Nie, dotykam cię, ale wyglądałaś strasznie. Poczułem własny ból. – skrzywił lekko usta.
- Zawsze to czujesz? Nieważne co robię, czujesz to Skoro to jest najlżejszy to jaki jest najsilniejszy. – zaczęłam panikować. Zawsze byłam empatyczna.
- Nie martw się, ja odczuwam wszystko inaczej niż ty. – Nagle popatrzył na mnie całkowicie inaczej i pociągnął mnie w stronę lasu …
Subskrybuj:
Posty (Atom)